o leśnych siatach

Największym siat zmartwieniem –
Leśnym zbiorowym szkodnikiem
Jest rodzina zajęcy, która dla zabawy
Co rano znęca  się okrzykiem:
„To my mamy uszy większe!”
Fatalne ma to skutki na siacie psyche.

Jak najprędzej połknąć zająca –
To dla nich sprawa paląca.

Nie tylko w lesie szukają szaraków,
Po nocach wyłażą z krzaków,
By zaskoczyć ich rozdartą paszczą
Gdy przed wschodem wesolutkie i puchate
Planują zamach na każdą jedną siatę!

I uważaj, bo siaty z kuchennej szuflady
Wyłażą też wtedy na zwiady.
Jeśli ci jakaś uszy odejmie,
Nie możesz mieć do niej pretensji
Miej je do siebie i do rodziny zajęcy.

/Warszawa, Śródmieście/

na wietrze, na wiatr

Czyż nie jest tak, że wiatr
Wieje zawsze z dobrej strony
I w dobrym kierunku?

By po latach, po miesiącu,
Pojutrze, po setkach kilometrów,
Po tysiącach kroków,
Po raz pierwszy i znów
Spotkać się spojrzeniami
I wymienić pełnymi gestami.
A każdy z tych razów
Inny i nowy.

Wieje z dobrej strony,
Czyli w dobrym kierunku:
Niesie nas na siebie.

/Warszawa – Śródmieście/

***

Nikogo nie kocha, nie wierzy,
A zawsze jakoś w grudniu
Czuje, tak niby świątecznie,
Ciepło we wnętrznościach.

Więc rozluźnia maminy węzeł
By łakomie użyć tego więcej.
Zmienia kolor w ciemności –
Wódka, bielizna i drżący kącik.

To siata w tradycyjnej akcji
Już samym na stracie –
W mojej torbie mokra od relacji
Z czerwonym barszczem.

/Warszawa – Śródmieście/

 

Nikogo nie kocha, nie wierzy,

A zawsze jakoś w grudniu

Czuje, tak niby świątecznie,

Ciepło we wnętrznościach.

 

Więc rozluźnia maminy węzeł

By łakomie użyć tego więcej.

Zmienia kolor w ciemności –

Wódka, bielizna i drżący kącik.

 

To siata w tradycyjnej akcji

Już samym na stracie –

W mojej torbie mokra od relacji

Z czerwonym barszczem.

wznosimy się przez pana

Od wiecznego tułania
Zachowaj nas panie
Od nierozważnych klientów
Zachowaj nas panie
Od z rybą zamrażania
Zachowaj nas panie
Od niewprawnej ręki
Zachowaj nas panie
Od niekontrolowanego spalania
Zachowaj nas panie
Od narzędziem zbrodni bycia
Zachowaj nas panie
Od przez zwierzęta połykania
Zachowaj nas panie
Od ostrych zakupów krawędzi
Zachowaj nas panie
Od nieumyślnego zaśmiecania
Zachowaj nas panie

/Warszawa, Śródmieście/

siaty w tonacji molowej

Latem skrywałem w was makarony –
Bo mole były na nie
Wyjątkowo napalone.
I ustrzegłem się i co jeść miałem.

A po miesiącach w zamkniętym słoiku
Pojawił się mól
W musli
Na ziarnie słonecznika.

Na jego życie ogłuchłem
Gdzie wylazł, tam i umrze
W dostatku, naturalnie
I bezsetnodzietnie.
Ze spodu wieczka
Na rodzynkę opadnie.

Trudniej znieść sąsiednie
Życie w zamknięciu,
Niż zabicie mola
W gonitwie klaśnięciem.

Słoiki też owinę!

/Warszawa, Śródmieście/